Ks. Józef Jarzębowski (1897-1964)

BŁĘKITNE ROZWIJAŁ SZTANDARY

Józef Jarzębowski urodził się 27 XI 1897 r. w Warszawie. Nie miał łatwego dzieciństwa: najpierw zmarło jego rodzeństwo, następnie ojciec. Matka po śmierci męża przeniosła się w strony rodzinne do Nowego Miasta nad Pilicą.

W rodzinie Jarzębowskich panował duch prawdziwie katolicki i patriotyczny. Dziadek Józefa Ludwik był powstańcem 1863 r. zesłanym na Syberię. Kształtowało to w młodym chłopcu ogromne zainteresowanie historią i miało wpływ na urobienie jego światopoglądu. Za swój szczery i otwarty patriotyzm „długi Józio” (tak nazywali go koledzy szkolni, ze względu na nieprzeciętny wzrost) musiał zapłacić cenę wyrzucenia go ze szkoły. Bezpośrednim powodem stała się jego zdecydowana reakcja na słowa nauczyciela o „głupich polskich marzeniach dotyczących jakiejś niepodległości”. „Polska była, jest i będzie” – te słowa skierował młody Jarzębowski pod adresem nauczyciela, zwracając mu uwagę na niestosowne zachowanie wobec uczniów Polaków. Wyrzucenie Józia ze szkoły oznaczało, iż do żadnej szkoły w zaborze rosyjskim nie mógł się już dostać. Z pomocą przyszli wówczas oo. kapucyni, którzy pomogli przedostać się 14-letniemu chłopcu do zaboru austriackiego i umieścić go w szkole księży salezjanów w Oświęcimiu. Do matki wrócił dopiero po wybuchu I wojny światowej.

Jarzębowski po powrocie do domu i dłuższej przerwie w nauce zdecydował się na dalsze kształcenie w gimnazjum Zamoyskiego w Warszawie. Zapisał się tam w szeregi Sodalicji Mariańskiej, której moderatorem był ks. Kulwieć, marianin. Kulwieć postanowił zaopiekować się chłopcem i przygarnął go do mieszkania przy mariańskim kościele na ul. Moniuszki. Tam zaś Józef spotkał o. Jerzego Matulewicza, odnowiciela marianów i ówczesnego generała zakonu. W pewnej mierze ten kontakt zadecydował o podjęciu przez Jarzębowskiego decyzji o wstąpieniu do marianów. Naturalną pomocą w takim wyborze drogi była również jego miłość do Matki Najświętszej, którą kształtował od wczesnych lat dziecięcych.

1 VII 1917 r. ofiarował się na zawsze Panu Jezusowi i Matce Bożej. W akcie oddania prosił Chrystusa Pana: „Daj mi pełnić Twą wolę; o nic więcej nie proszę. Ty bądź moim wszystkim. Ty, ukochanie moje i szczęście”. A do Maryi skierował gorące słowa: „Rozporządzaj moim sercem, o Matko, i błagaj Boga, aby mi udzielił swojej łaski i cieszenia się z Tobą na wieki”. Swym aktem oddania się na własność w niewolę Chrystusowi i Maryi Jarzębowski stanął w szeregu wielkich postaci Kościoła, które wcześniej to czyniły, a do których należał również założyciel marianów o. Stanisław Papczyński.

15 VIII 1917 r. Jarzębowski został przyjęty do mariańskiego nowicjatu w Warszawie na Bielanach. Wszedł tym samym w szeregi wspólnoty świeżo odnowionej i zreformowanej, mocno przenikniętej duchem służby Chrystusowi i Kościołowi wedle słów Błogosławionego Ojca Odnowiciela: „wszędzie i we wszystko, gdzie tylko się da, wnosić Boga”.

Jarzębowski miał swoją receptę na duchową walkę. Jako poeta „z urodzenia” napisał kiedyś pieśń, w której nawoływał: „Błękitne rozwińmy sztandary”. W czasie, gdy Polska odzyskiwała upragnioną niepodległość, te słowa tchnęły pięknym echem w uszach sodalisów mariańskich, których stały się hymnem. A Jarzębowski „wykrzyczał” w niej uczucia swego oddania Chrystusowi i Jego Matce: „Spod znaków Maryi rycerski my huf, błogosław nam, Chryste, na bój. Stajemy jak ojce, by służyć Ci znów, my Polska, my naród, lud Twój!”.

Po zakończeniu próby nowicjackiej i złożeniu ślubów młody zakonnik najpierw zdobył maturę, a następnie uczęszczał na wykłady w seminarium warszawskim. A były to trudne czasy. Wystarczy tylko wspomnieć wojnę z 1920 r., w trakcie której zresztą alumn Józef służył na froncie w charakterze sanitariusza. Jako kleryk pełnił również zajęcia wychowawcze i katechetyczne na Bielanach, gdzie marianie prowadzili gimnazjum i sierociniec.

Dnia 30 IX 1923 r. nadeszła wymarzona chwila, o której pisze, iż „tylko chwila śmierci na równi z nią stanie” – diakon Józef Jarzębowski otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwsze kroki po święceniach skierował do grobu Ojca Założyciela w Górze Kalwarii, by tam sprawować swoją mszę św. prymicyjną.

W październiku wyjechał na studia na Uniwersytet Lubelski (dzisiejszy KUL), które po dwóch latach musiał przerwać ze względu na chorobę płuc. Niedługo potem rozpoczął okres kilkunastoletniej pracy wychowawczej wśród uczniów mariańskiego gimnazjum na Bielanach – czas najmilej przez niego wspominany. Wypracował tam swój własny system wychowawczy. Swoich uczniów uczył przede wszystkim postaw, które odpowiadały ich chrześcijańskiemu powołaniu. Prócz tego wlewał im jeszcze całą swoją miłość do historii, do pamiątek narodowych, których stał się namiętnym zbieraczem, a nawet do poezji, którą z pasją tworzył.

Nadszedł jednak pamiętny wrzesień 1939 r. Opuszczając, na rozkaz władz zakonnych, Warszawę o. Jarzębowski trafił do Wilna, gdzie spotkał ks. Michała Sopoćkę, spowiednikia s. Faustyny Kowalskiej. Zapoznał się wówczas z objawieniami i nabożeństwem do Miłosierdzia Bożego, to zaś zaowocowało głębokim nabożeństwem do tej wielkiej tajemnicy. Ufając Miłosierdziu Bożemu cudem wydostał się parokrotnie z rąk bolszewików, pokonując trakt przez Syberię do Władywostoku, skąd udał się do Japonii. Był to rok 1941. W końcu maja otrzymał wizę amerykańską i udał się do swoich współbraci zakonnych do Waszyngtonu.

W Ameryce o. Józef pełnił gorliwie posługę duszpasterską wśród swoich rodaków. Znamionował ją w szczególny sposób duch orędzia przekazanego przez Jezusa św. Faustynie. Zainteresowanie tym nabożeństwem stało się tak duże, iż marianie otworzyli specjalny apostolat, istniejący do dziś w Stockbridge. W ten sposób marianie jako pierwsi w Kościele podjęli się szerzenia tego nabożeństwa poza Polską.

Po dwóch latach pobytu w Stanach Zjednoczonych udał się o. Józef do Meksyku, by tam zająć się wychowaniem polskich sierot. Spędził kolejnych siedem lat w Santa Rosa i Tlalpan. Dzięki o. Jarzębowskiemu nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego dotarło do tego dalekiego kraju, a w stolicy Meksyku stanęła potem świątynia pod tym wezwaniem.

W roku 1950 opuścił Meksyk i wkrótce podążył do Anglii. Tam zajął się organizowaniem mariańskiej posługi duszpasterskiej wśród polskich emigrantów. Dokładał troski do powstania nowicjatu dla tamtejszych kandydatów do zgromadzenia oraz internatu dla chłopców. Marzył jednak o czymś więcej. Mając przed oczyma niezatarty obraz mariańskich Bielan z doskonale rozwiniętym gimnazjum, pragnął założyć podobne dzieło na angielskiej ziemi. Kolejny akt ufności Bożemu Miłosierdziu i kolejne „zwycięstwo”: w 1953 r. nabył przepiękną posiadłość w Fawley Court i założył w niej Kolegium Bożego Miłosierdzia, zwane często Bielanami nad Tamizą. Przy szkole powstało muzeum poloników i biblioteka polska. W tym samym czasie w lokalnej gazecie ukazał się artykuł, rozpoczynający się od słów: „Gdyby ojciec Józef Jarzębowski znalazł się jakimś cudem na Saharze, założyłby tam na pewno w ciągu kilku tygodni gimnazjum, a po kilku dalszych miesiącach powstałoby i muzeum”.

O. Józefa pochłaniały rozliczne troski, by gimnazjum stało się dziełem wszystkich Polaków na emigracji w Wielkiej Brytanii, a w szkole stosowano jego metody wychowania religijnego i narodowego. Jego wysiłek, przy mocno nadwątlonym zdrowiu, przekraczał jednak możliwości fizyczne. Coraz częściej chorował, aż w końcu, w czasie pobytu w Szwajcarii, zasłabł do tego stopnia, że skończyło się to śmiercią. Dzień 13 IX 1964 r. stał się dniem żałoby dla tych, którzy z bliska doświadczyli kochającego serca o. Józefa: współbraci zakonnych, wychowanków i przyjaciół zakładanych przez niego dzieł. Ciało jego spoczęło w Fawley Court, miejscu, które stało się sanktuarium Bożego Miłosierdzia – tajemnicy, którą głosił, a którą przede wszystkim mocno żył.

„I powiedźcie, że koniec już męce. Koniec bólom i łzom i żałobie! Duch mój klęknie przed Panem w podzięce, a me kości ucieszą się w grobie” napisał kiedyś jako młody chłopiec w wierszu zatytułowanym „A gdy umrę”. Ci, którzy go znali, byli przekonani o aurze świętości, która go przenikała. Widzieli imponującą sylwetkę człowieka, który mocno ufał Bożemu Miłosierdziu, który nosił w swym sercu miłość do Niepokalanej, a obok niej – umiłowanie Ojczyzny i wszystkiego, co się z nią wiąże. Tą miłością dzielił się z innymi, zwłaszcza z dziećmi i młodzieżą, której poświęcił znaczną część swego życia. Z pewnością więc duch jego klęknął przed Panem w podzięce…

Niektóre publikacje zawierające dane biograficzne dotyczące ks. Józefa Jarzębowskiego:

• Bukowicz J., Kurier Miłosierdzia Bożego. Jak nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego zawędrowało z Wilna do Ameryki, “Z Niepokalaną” 1(33)2003, s. 14-15.
• Tenże, Prowincja angielska NMP Matki Miłosierdzia, w: Bukowicz J., Górski T. (red.), Marianie 1673-1973, Rzym 1975, s. 283-302.
• Englert J., Orłowska Z., Ave Maryja (w 25-lecie śmierci Ojca Józefa Jarzębowskiego), Fawley Court 1989.
• Grodziska K., Suchcitz A., “Zostanie po nich nikły ślad…”. Polskie groby na cmentarzach w Laxton Hall, Pitsford Hall, Fawley Court i Henley-on-Thames, Kraków 2007.
• Jarzębowski J., Dziennik 1923-1927, Warszawa 1997.
• Tenże, Listy z czasu wojny, Warszawa 1997.
• Kraszewski Z., Orłowska Z., Miłosierdzie Boże ratunkiem dla świata. Ks. Józef Jarzębowski, marianin. Apostoł Miłosierdzia Bożego, Warszawa 1984.
• Paszkiewicz M., Ksiądz Józef Jarzębowski – wspomnienia wychowanka, w: Judyccy A.Z. (red.), Duchowieństwo polskie w świecie, Toruń 2002.
• Romejko A., Nauczyciele i wychowawcy polskiej młodzieży w Wielkiej Brytanii – ks. Stanisław Bełch i ks. Józef Jarzębowski, [referat online http://www.romejko.com/opracowanie6.htm].