Ksiądz Władysław (Uladyslau) Czarniauski MIC
(14.01.1916 - 22.12.2001)
Dnia 22 grudnia 2001 roku zmarł w Wiszniewie (rejon Wołożyn) na Białorusi ks. Władysław Czarniauski MIC. Pochowano go tam obok kościoła parafialnego w Wigilię 2001 roku.
Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył ks. kard. Kazimierz Świątek w asyście ks. bp. Cyryla Klimowicza oraz archim. Sergiusza Gajka MIC. Mszę św. koncelebrowało ponad 20 kapłanów (z archidiecezji mińsko-mohylewskiej, diecezji grodzieńskiej oraz z Białoruskiego Kościoła greckokatolickiego).
W pogrzebie uczestniczyli też duchowni innych Kościołów: proboszcz miejscowej parafii prawosławnej, dyrektor Towarzystwa Biblijnego Białorusi – pastor Jakau Patupczyk oraz pastor Antoni Bokun – redaktor pierwszego wydania Nowego Testamentu w przekładzie ks. Władysława. Obecni byli również przedstawiciele świata kultury oraz patriotycznych organizacji społecznych. Wspólnotę Marianów na Białorusi reprezentowali ks. Józef Pietuszko i ks. Antoni Łoś z domu zakonnego w Borysowie.
Kazanie w czasie Mszy pogrzebowej wygłosił ks. Władysław Zawalniuk – proboszcz parafii św. Szymona i Heleny w Mińsku, który przez wiele miesięcy otaczał chorego ks. Władysława troskliwą opieką. Okolicznościowy list Ojca Generała przeczytał delegowany przez niego archim. Sergiusz Gajek. Mowę pożegnalną nad grobem wygłosił ks. bp Cyryl Klimowicz. Nad otwartą mogiłą przemawiał także przedstawiciel wiernych oraz przewodniczący Rady Wiejskiej.
* * *
Ksiądz Władysław Czarniauski MIC urodził się 14 stycznia 1916 roku w zaścianku Ambrużyn w guberni grodzieńskiej, w białoruskiej rodzinie katolickiej. Naukę rozpoczętą w rodzinnych stronach (m.in. w Krewie i Borunach) dopełnił w Gimnazjum Księży Marianów w Drui w 1937 roku. Tam też wstąpił do nowicjatu marianów. Bardzo mocno przeżył deportację białoruskich marianów z klasztoru drujskiego przez administracyjne władze polskie.
Pierwsze śluby zakonne złożył w dniu 15 sierpnia 1938 roku, śluby wieczyste zaś – 15 sierpnia 1941 r. Na kapłana został wyświęcony 24 grudnia 1944 roku. Po święceniach pracował na Litwie.
Od 1953 roku był proboszczem parafii Wiszniewo w rejonie Wołożyn, obecnie na pograniczu archidiecezji mińsko-mohylewskiej i grodzieńskiej. Mimo prześladowań i szykan ze strony urzędników komunistycznych nieustraszenie niósł wytrwałą posługę wiernym wielu okolicznych parafii pozbawionych kapłanów.
W trudnych dla Kościoła w Związku Radzieckim warunkach lat 60. ks. Władysław podjął pracę nad przekładem Pisma Św. na współczesny, żywy język białoruski, na podstawie oficjalnego tekstu Wulgaty. Inspirowany dokumentami Soboru Watykańskiego II dokonał też przekładu podstawowych części Mszału Rzymskiego na język białoruski.
W 1968 roku ks. Władysławowi udało się wyjechać na krótko do Rzymu na zaproszenie Ojca Generała, bpa Czesława Sipowicza, gdzie był przyjęty na audiencji przez papieża Pawła VI, który pobłogosławił jego pracę nad przekładami.
Dokonane przez ks. Władysława Czarniauskiego białoruskie przekłady Pisma Św. oraz Mszału miały ogromne znaczenie dla zbliżenia części patriotycznej inteligencji białoruskiej do Kościoła katolickiego, zwłaszcza w latach 80.
* * *
W 30. dniu od śmierci ks. Władysława – 19 stycznia 2002 roku, zgodnie z żywą na Białorusi tradycją, Białoruska Wspólnota Marianów zebrała się na wspólną modlitwę przy jego grobie. Przybyli mariańscy białoruscy seminarzyści z Lublina oraz przedstawiciele zagranicznych wspólnot mariańskich, którzy nie mogli być na pogrzebie. Prowincjęśw. Jerzego, do której należał ks. Władysław, reprezentowali: ks. Vaclovas Aliulis z Wilna, ks. Prosperas Bybnys z Kowna i br. Linas ipavicius. Przełożonego Prowincji Opatrzności Bożej reprezentował ks. Wojciech Sokołowski z Warszawy, a Przełożonego Wikariatu Ukraińskiego – ks. Wiktor Łutkowski. Mszy św. przewodniczył i kazanie w języku białoruskim (zawierające wiele osobistych wspomnień o zmarłym) wygłosił ks. Vaclovas Aliulis, kolega kursowy ks. Władysława z czasów seminarium na Litwie.
Śp. ks. Władysław Czarniauski pozostanie w pamięci katolików oraz wszystkich białoruskich patriotów jako wybitny i ofiarny kapłan oraz niezmordowany działacz na rzecz odrodzenia i rozwoju chrześcijańskiej kultury białoruskiej.
Ksiądz John Jancius MIC
(26.03.1909 - 18.11.2001)
W dniu 18 listopada 2001 r. zmarł w Chicago ks. John Jancius w wieku 92 lat. Był członkiem naszego Zgromadzenia przez 76 lat i kapłanem przez 67, posługując na parafiach. Pochowany na cmentarzu św. Kazimierza w Chicago.
Ksiądz Władysław Wanags MIC
(04.04.1931 - 11.11.2001)
Dnia 11 listopada 2001 roku rano zmarł na Ukrainie człowiek–legenda, marianin, o. Władysław Wanags. Będą o nim pisane książki, a w kościele, w Gródku Podolskim, który postawił i w którym do końca pracował, zostanie wmurowana tablica. Może miasto postawi mu pomnik. Bo o. Wanags był z tych, których „choć się odziwia, to czasem trudno z nimi wytrzymać, ale którym po śmierci stawia się pomniki”.
Święcenia kapłańskie przyjął po ukończeniu seminarium w Rydze w 1973 roku i został wysłany do Gródka. Był Łotyszem. Nie wiem, czy miał jakieś rodzinne związki z Polską, w każdym razie w Gródku był duszpasterzem Polaków, bo na Podolu do Kościoła katolickiego należeli przede wszystkim Polacy. Dla niego narodowość była sprawą drugorzędną. Doskonale przez to wpisywał się w duchowość bł. Jerzego Matulewicza, odnowiciela marianów, do których potajemnie wstąpił w 1975 roku.
Ojciec Wanags lubił opowiadać o swym nawróceniu. Młodość (urodził się w 1931), czasy, gdy był oficerem artylerii, a potem dobrze prosperującym pod Rygą badylarzem, ukazywał jako okres grzechu i błądzenia w ciemnościach. Potem na Wanagsowej drodze do Damaszku zjawia się Jezus, który sam go powala i wyprowadza ciemności. Nawrócony Władysław Wanags, już nie pierwszej młodości eksaltylerzysta, puka do furty seminaryjnej. Naprzeciw wychodzi ojciec duchowny, znany z surowości marianin, Piotr Upenieks, i człowieka, którego widzi pierwszy raz w życiu, bierze w ramiona. „Wtedy wiedziałem – kończył o. Wanags swą opowieść – że to sam Pan Jezus wziął mnie w ramiona”. Jego wiara była wiarą konwertyty i wiarą dziecka, czyli bezgranicznie ufną w Bożą pomoc.
W Gródku był cmentarz i kaplica na cmentarzu, nie było kościoła. Dziś na cmentarzu jest wzniesiony przez o. Wanagsa kościół i przylegające do niego pomieszczenia mieszkalne. W tym budynku, w prostej linii za ołtarzem, znajduje się „papski pokój”. Wanags wierzył, że prędzej czy później Jan Paweł II odwiedzi Gródek i tam zamieszka. Ojciec Władysław zbudował lub podniósł z ruiny kilkanaście kościołów w okolicy i ożywił duszpasterstwo. Kiedyś oprosiłem, by mi opowiedział o swojej pierwszej budowie. Na takie prośby tylko czekał. Lubił i umiał opowiadać. „Pierwszą moją kościelną budową była – tu zawiesił głos – olimpijska toaleta”. Kiedy w Gródku wierni jeszcze się romadzili przy cmentarnej kaplicy, o. Wanags przystąpił, bez żadnych zezwoleń, do budowy toalety na skraju cmentarza. Budował ją według projektu toalet zbudowanych z okazji olimpiady w Moskwie. Była już na wykończeniu, gdy do Gródka zjechała komisja złożona z przedstawicieli najwyższych władz obłasti. Wanags wykpił ich okrutnie. „Co będzie – mówił – kiedy świat się dowie, że najwyższe władze osobiście ingerują z powodu budowy ...” – tu mało eleganckim słowem określił wzniesiony przybytek. I zostawili go w spokoju. Potem zdarzyło się coś, o czym on sam nie lubił mówić, a co dało początek legendzie. Jakiemuś urzędnikowi utrudniającemu budowę kościoła powiedział (jak go znałem, raczej wykrzyczał) o rychłej karze Bożej, i nieszczęśnik po kilku dniach zakończył życie. Zmarł czy zginął w katastrofie, nie wiem, bo krąży kilka wersji. Dość, że od tej pory wiedziano, iż z o. Wanagsem nie ma żartów. On zaś parł do przodu. Kiedy szedł coś załatwiać albo kiedy go wzywano, zwoływał ludzi i kazał im odmawiać tysiące „Zdrowaś”. Skutkowało.
Nie kościoły jednak były dla niego najważniejsze. Widząc biedę, zwłaszcza okropną sytuację starych ludzi, przystąpił do budowy domów opieki. Domów, bo przy kościele w Gródku, na obrzeżach cmentarza, wzniósł ich kilka. Jeśli było trzeba, zmarłych przenosił do wspólnego grobu i budował dla żywych. Nikomu by to płazem nie uszło. Jemu tak, bo mu ślepo ufano. Z przerażeniem myślałem, co będzie z tymi domami, jeśli go zabraknie. Żadnego zabezpieczenia poza Opatrznością Boską, żadnych ksiąg, opieka lekarska i pielęgniarska oparte na chaotycznym wolontariacie. Wyżywienie pensjonariuszy oparte na ofiarowanych przez okoliczną ludność produktach. I o dziwo, to lepiej funkcjonowało niż państwowe domy opieki. Ojciec Wanags z uporem powtarzał, że w oczach Jezusa ubodzy są na pierwszym miejscu, więc są najważniejsi. Zdobywał subsydia, zbierał ofiary, także Polsce, i rozbudowywał te przytuliska. Zawsze był w długach. Ostatnio opiekę nad domami na szczęście przejęła Caritas. Widziałem, że on sam jest teraz spokojny o ich przyszłość.
Pracował z jakąś zaciętością, tak samo się modlił. Przed świtem, zanim przyszli pierwsi parafianie, ponad godzinę klęczał przed ołtarzem, odmawiał brewiarz, mnóstwo różnych modlitw, medytował. Pokutował. Jego łóżko było łożem pokutnym. Pościł. Kazania głosił jak prorok, z mocą. Bywał nieco anachroniczny, np. nie dopuszczał, by dziewczyna w spodniach weszła do kościoła. W takich przypadkach gromił ją z kazalnicy. Mówię u: „Ojcze, podobno Ojciec wyrzuca z kościoła dziewczyny, jeśli są w spodniach“. Zaprzeczył: „Nie wyrzucam nikogo, tylko proszę, żeby poszła się przebrać”. Jego styl pobożności opartej na niezliczonych długich nabożeństwach, nowennach, recytacjach, duszpasterstwo bardzo paternalistyczne, stawał się z czasem dla młodych parafian nie do przyjęcia. Wanags przestał być proboszczem w Gródku. Pozostała mu troska o dom starców i wykańczanie rozpoczętych budów. Proboszczem został jego dawny wychowanek, który rozpoczynał pracę jako potajemny ksiądz. Wanags długo nie mógł wejść w tę nową sytuację, nadal czuł się proboszczem. Ale ponieważ był pokorny i wierzył w zakonne posłuszeństwo, sprawy się ułożyły. Zresztą, i tak on pozostał najwyższym autorytetem w parafii. Wciąż coś planował, inicjował nowe rozbudowy i budowy, szukał pieniędzy i zakłócał spokój biskupowi i rozsądnym duszpasterzom.
Przed paru laty zachorował na nowotwór oka. Najpierw nie godził się na operację; po namyśle powiedział: Oddam oko Panu Jezusowi”. Oddał. Jedyny problem – jak bez oka pokazać się parafianom – rozwiązała szklana proteza. O oku nigdy już nie było mowy.
Ojciec Władysław, choć straszny w gniewie, był człowiekiem dobrym i pogodnym, w tej pogodzie ducha miał coś z dziecka.
Widziałem go we Lwowie, w czasie wizyty Papieża. Cieszył się, ale i martwił, że Ojciec Święty nigdy nie zamieszkał w jego „papskim pokoju”. Już wtedy wyniszczał go nowotwór. Do końca starał się żyć normalnie, pracował. Niedawno znalazł się w jednym z krakowskich szpitali. Wiedział, że koniec się zbliża. W pokoju dprawiał Mszę św., przy łóżku miał brewiarz. Długo rozmawialiśmy, potem poprosił mnie o spowiedź. Był gotowy. Nazajutrz wyjechał do swojego Gródka. Kilka dni później umarł.
Pogrzeb – ponad 3 tys. wiernych, 6 biskupów – był tryumfalną manifestacją czci i miłości, które sobie zaskarbił.


Przełożony Generalny i Jego Rada
Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich

